poniedziałek, 9 marca 2026

Z Nowym Rokiem idzie nowe albo....stare

Nie tak dawno publikowałem podsumowanie roku minionego a tu proszę, czas na kolejne podsumowanie. Pierwsze dwa miesiące przyniosły zmiany, których szczerze powiedziawszy w ogóle nie brałem pod uwagę. 

Ale po kolei. 30 grudnia byłem na ostatniej, takiej podsumowującej wizycie u ortopedy. Zebrałem w klaser całą dokumentację medyczną z ostatnich ok. 3 lat: wszystkie USG, RTG nawet jakąś zasr....ą scyntografię, nie wiadomo po co mi zlecaną. Lekarz zapoznał się z całą dokumentacją oraz moimi obawami. Obejrzał dokładnie co i jak po czym wykonał USG. Na koniec uspokoił moje obawy, tłumacząc co i jak. 

- Pana Achilles wygląda świetnie, biorąc pod uwagę całą historię.  Może go pan spokojnie obciążać, wszystko jest ok.

W tym momencie poczułem wielką ulgę. Co prawda słyszałem to już kilka razy a potem znów ch...j ale tym razem czułem podskórnie że to naprawdę jest koniec tej pierd....j gehenny.

Do tego była w tym jakaś piękna symbolika: kończył się gówniany pod względem wyników biegowych rok i kończył się 10-tygodniowy okres marszobiegów. Dokładnie pierwszego stycznia roku bieżącego pobiegłem bez przerwy na marsz 60' bieg który miał być końcem i początkiem za razem nowego rozdania.

Plan mój był prosty: do wiosny odbudować bazę. Powoli, bez parcia, krok po kroczku. Bez żadnych większych założeń, proste jednostki a na wiosnę liczymy szable i decydujemy co dalej.

Przez pierwsze trzy tygodnie stycznia jakoś to szło. Potem zaczęły się schody. Po treningach (niezbyt forsujących btw) bolały mnie pięty obu nóg. Co raz wyraźniej i co raz dłużej utrzymywał się ten stan. Rano nogi pościągane, obolałe, ja kuleję przez pół dnia. Pierwsza przerwa tygodniowa i sytuacja się powtarza, druga przerwa - to samo.

Ostatni mój bieg zrobiłem na początku lutego, w Zakopanem. Biegłem moją stałą trasą, którą bardzo lubię. Od początku czułem że nie sprawia mi to przyjemności żadnej. Thrill is gone. Po 5ciu czy 7miu kilometrach dobiegam do stadionu COS na którym szlifowałem formę w swoim piku, półtora roku temu. Noga nap@#..la. Mam tego dość. Tylko z przekory dociągam bieg do domu, jakieś 11km total. 

Kolejne 3 dni czuję ból wyraźny w obu nogach, na lewą wyraźnie kuleję.

Po powrocie do Szczecina poszedłem do zaprzyjaźnionego fizjoterapeuty. Przemek coś tam pomacał, popytał i  daje mi diagnozę: zapalenie jakiegoś kolejnego ścięgna czy czegoś tam w lewej stopie. Nie słucham go nawet dokładnie. Wiem że dla mnie to ma co raz mniejsze znaczenie. Tak naprawdę od tygodni jeśli nie miesięcy przygotowuję się na wariant game over a moje zrezygnowanie osiąga właśnie momentum.

Bieganie towarzyszy mi od 17 lat. W żadnym innym sporcie nie udało mi się osiągnąć takiej satysfakcji z wyniku sportowego i w żadnym nie zbliżyłem się do podobnych, nazwijmy to osiągnięć. Oczywiście mam świadomość że słowo "osiągnięcia" w moim wypadku mogę rozpatrywać wyłącznie w takim osobistym wymiarze, na pewno nie globalnym ani pewnie nawet lokalnym.  Ale fakty są takie że sportowo jestem spełniony i dobiegłem dalej niż marzyłem.

Niemniej, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Ostatnie półtora roku jestem sportowo w dolinie. We wrześniu, w przededniu Maratonu Warszawskiego płakałem patrząc na zdjęcie na którym finiszuję, rok wcześniej. Wtedy byłem w swoim prime time a teraz jestem w czarnej dupie włochatej - myślałem. Koledzy z którymi ścigałem się i pomagaliśmy sobie w rozwoju są już gdzieś daleko poza zasięgiem. Zamiast wspólnie trenować i się rozwijać ja siedziałem ze zdjęciem w ręku i wyłem.

Kiedy moja córka jako wolontariusz podawała wodę w Szczecin Półmaraton 2025 ja kręciłem się gdzieś z aparatem i dopingowałem innych, zamiast biec i wziąć od własnego dziecka kubek na trasie! Kurwa mać, żałuję, trzeba było przykuśtykać, wziąć od niej, przytulić, zrobić sobie zdjęcie.

Trochę czuję się jak gość który walczył o związek który po prostu na dłuższą metę nie działa. Były momenty przepiękne i super ważne ale to chyba za mało. Trzy lata przerwy bitej z uwagi na kolano i prawie pięć bujania się z prawym Achillesem. Wystarczy. Jest we mnie  jeszcze mieszanka resztki żalu i co raz większej obojętności ale wiem że już wystarczy.

Co teraz? No cóż, w przyrodzie nic nie ginie. Mam swoje wspinanie ale przede wszystkim wróciłem do skateboardingu po....15 latach przerwy. To właśnie ta zmiana o której pisałem na wstępie. Jeszcze w połowie stycznia nie miałem pojęcia  i nic nie wskazywało że pójdę w tym kierunku. Poszedłem pod koniec stycznia.
Love Park, Filadelfia. 
Odwiedzając tą Świątynię Deskorolki w kwietniu` 25
przy okazji Boston Marathon,
nie miałem pojęcia że Bogowie Skateboardingu
upomną się jeszcze o swego syna marnotrawnego

Piętnaście lat jeździłem, piętnaście nie jeździłem. To razem trzydzieści. Teraz od miesiąca z hakiem odkrywam tą moją starą pasję na nowo. I nawet jest miejsce na progres i to jest w tym najwspanialsze. A czy będzie z tej mąki jakiś chleb? Zobaczymy, aczkolwiek nie ma to dla mnie chyba większego znaczenia. Nie mam żadnych większych oczekiwań na tym polu, choć oczywiście jakieś cele i marzenia tak.

Nie zamierzam tutaj pisać o deskorolce. To jest blog o bieganiu. Na razie nie mam o czym pisać w tym temacie, więc prawdopodobnie będzie tutaj przez jakiś czas cisza.

A jeśli chodzi o bieganie to jestem pewien że w jakiejś formie będzie mi towarzyszyć. W jakiej? Nie wiem. Może tylko jakaś sporadyczna turystyka biegowa, ale kto wie, może coś więcej. Nie chcę się jednak  nad tym zastanawiać. Parafrazując słowa admina najlepszego klubu koszykarskiego na świecie King Wilki Morskie Szczecin mówię: nie żegnamy się, nie mówimy do widzenia, tylko do zobaczenia, gdzieś, kiedyś!
  





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz