poniedziałek, 31 sierpnia 2026

I po wakacjach

Niewiele się działo biegowo ostatnimi czasy. Ale co tam, jakieś małe podsumowanie na koniec wakacji skrobnę.
materiały Organizatora

Od początku lutego nie biegam. Tutaj mógłbym postawić kropkę i nie pisać dalej. Ale napiszę, bardziej z przekory i  przede wszystkim dla siebie samego robię ten wpis. Bo co tu ciekawego może być dla czytelników? Może, jak już dane mi będzie wrócić na biegowe ścieżki, to te informacje zawarte tutaj będą mieć jakąś wartość dla mnie, w kontekście całej mojej podróży przez życie z bieganiem w tle.

W ciągu ostatnich kilku miesięcy biegłem raptem dwukrotnie: raz w Boże Ciało pobiegłem  z koleżanką Hanią, z którą czasami biegam, spędzając rok rocznie wspólny czas nad jeziorem, na kilka zaprzyjaźnionych rodzin. Taka mini tradycja. 5km w tempie ok 6min/km, towarzysko, co by zobaczyć co we mnie zostało i  przede wszystkim pogadać sobie wspólnie o tym i o owym. Przy czym, "tym" z reguły są biegi długie, a "owym", biegi średnie. I tak to się kręci.

Drugi raz, z początkiem sierpnia, palnąłem 5 czy 6km w Budapeszcie. Tak tylko żeby poczuć miasto, tak jak lubię, w biegu. Trafiliśmy tam rodzinnie, w największe upały (+40st.), przy rekordowo niskim stanie wody w Dunaju i wyłączonej dużej części iluminacji miasta nocą. Miodzio. 

Budapeszt jest super cool, ale nie w 40stu stopniach, ufff

Tak to jest, jak przed zarezerwowaniem noclegów nie sprawdza się prognozy pogody :) Nagrałem nawet ten mój bieg na GoPro, bo biorę często ze sobą kamerę na biegi turystyczne. Jeśli zmontuję to w całość, to wrzucę na bloga.

Tak jak pisałem w ostatnim poście, pól roku temu czy lepiej, niemożność biegania zastąpił mi powrót po latach do deskorolki. Co by nie zgnuśnieć, bardzo sporadycznie się wspinam na ściance. Raz zabrałem żonę w skały na lekki wspin. Trochę pojeździłem po górach rowerem, trochę pospacerowałem lekkimi szlakami. Trochę pokajakowałem (Bóbr, Dunajec).

Dunajec kajakiem rodzinnie 
- alternatywa dla spływu z flisakami

Stara Koza dobra nasza 
- na Gąsiennicową wjechałem

W poszukiwaniu poidełek dla koni

z Szefową nie bierzemy jeńców

Generalnie, już dość dawno doszedłem do krzepiącego wniosku, że kontuzje biegowe pomogły mi otworzyć się na inne dyscypliny i przede wszystkim odnotować w nich progres. Kiedyś, przez (dzięki) kontuzjom kolan w biegu, zacząłem się wspinać, i w ogóle, po latach, wróciłem do gór. Teraz kolejnym krokiem była ta wspomniana deska - remedium na Achillesa. Średnio skuteczne, bo boli dalej ale jednak. Obiecałem w poprzednim poście, że nie będę tu pisać o desce, bo to nie o tym blog. I generalnie nie będę. Ale napisać chcę, być może przede wszystkim dla siebie, że to wszystko ułożyło się w ciekawą całość bo:

- w 2024 roku osiągnąłem swój dotychczasowy peak na polu biegania

- w 2025 roku osiągnąłem swoją topową formę i wyniki na płaszczyźnie wspinania

- w 2026 roku osiągnąłem rezultaty w deskorolce których nie udało mi się osiągnąć w swoim "prime"

I to jest dla mnie bardzo cenne. A rok 2026 nie skończył się jeszcze.

I to tyle. Na dziś, prawy Achilles dokucza mi we wszystkich aktywnościach sportowych. Cały czas z nim walczę ale to jest tak poj#bane że ojej. Spotykam się z różnymi i skrajnymi opiniami fachowców. Czasami przecieram wręcz oczy ze zdumienia. Nawet nie chce mi się już o tym pisać lub komentować.  Szkoda zdrowia i nerwów.

Postanowiłem natomiast zmienić dotychczasową formę rehabu, bo to tylko strata czasu i pieniędzy. Łączenie pakietu medycznego z prywatną opieką nie zdało egzaminu w moim wypadku. Nie chcę pisać już o kuriozalnych sytuacjach w których przychodziło mi się znaleźć. Zostawiam to. Po jakiś przemyśleniach i zebranych informacjach, daję sobie szanse w nieco innym rozdaniu. Jeśli to przyniesie dobre rezultaty to napiszę coś więcej. Na chwilę obecną jestem po dwóch wizytach, w tym analizie biegu i czekam teraz na konkrety. Wstępnie usłyszałem że od pół roku do roku leczenia. W sumie to ta informacja na dziś dzień jest warta tyle co nic. Ale mam jeszcze jakieś resztki zapału i mam wiarę w człowieka który podjął się tematu. Na dniach powinienem dowiedzieć się jaki jest wstępny pomysł na tą fizjoterapię.

A teraz, na koniec wakacji i tego wpisu, prawdziwy hit: zostałem wylosowany na London Marathon 2027! Z losowania dla trójgwiazdkowiczów. Kompletnie o tym zapomniałem i przypadkowe sprawdzenie poczty wczoraj, wprawiło mnie w kompletne zaskoczenie.

Serdeczne pozdrowienia dla mojego ziomeczka
Radzia, który od pięciu lat powtarzał mi że
na Londondero wylosować pakietu się nie da

Pierwotnie myślałem że to jakiś spam i chwilę mi zajęło połączyć kropki że jednak nie. Faktycznie, coś kiedyś aplikowałem przez portal biegacza WMM. To jest w ogóle dobry chichot losu. Muszę to przemyśleć, generalnie jestem na tak, ale realnie patrząc, to nie jestem dziś na to gotowy.  To się kompletnie kłóci z tym co napisałem wyżej, w kontekście rehabilitacji ścięgna. Rozważam jednak, bardzo mocno, zapisanie się. Do biegu jest sporo czasu, być może będę gotowy aby go pokonać marszobiegiem, albo w ostateczności, mógłbym go przenieść na kolejny rok. 

To losowanie było moim piątym podejściem do londyńskiej loterii. Z każdym rokiem, powodzenie w losowaniu wydaje się być trudniejsze do osiągnięcia, z uwagi na rosnącą ilość chętnych. A czwarta gwiazda WMM kusi.

nufki funkiel nieśmigane :)
miałem sprzedać ale może się jeszcze przydadzą na wiosnę?

To chyba na tyle. Wpis ten, podobnie jak duża ich część tu na blogu, powstawał na raty. Zaczynając go, nie miałem pojęcia, o tym jak się to wszystko potoczy. Nie miałem pojęcia o Londynie, nie wiem też jak będzie wyglądał rehab, ale tak to już bywa z tą wspomnianą na początku podróżą - przez życie (i nie tylko).

Czyli jednak coś tam się podziało, wbrew temu co napisałem w pierwszym akapicie.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz